It all begins with breakfast

21 sie

Wszyscy ciągle powtarzają, że śniadanie to najważniejszy posiłek dnia. Zapewne mają rację. Nie zmienia to jednak faktu, że rano jestem kompletnie nie do życia i wszystko zajmuje mi wiele więcej czasu niż normalnie. Z okazji wakacji, postanowiłam jednak spróbować i poza poranną kawą na szybko stworzyć coś prostego i  pysznego, co by jej towarzyszyło.

WERSJA PIERWSZA – owocowa bomba

SKŁADNIKI:

  • 350g truskawek
  • 6 łyżek jogurtu naturalnego
  • garść malin
Wystarczy wyżej wymienione składniki wrzucić do blendera i miksować aż będzie w miarę gładkie. Starczy na 4-5 porcji w kieliszkach jak na zdjęciu.
Ja, żeby nie był to zwykły koktajl postanowiłam zaszaleć – 2 łyżki mieszanki, warstwa borówek amerykańskich, 2 łyżki mieszanki, warstwa borówek itd. Do tego pokroić pomarańczkę, dorzucić winogrona – tak naprawdę mogą to być jakiekolwiek owoce, które akurat będą pod ręką.
Po takim śniadaniu, poczucie lekkości i bomba pozytywnej energii gwarantowane :)
WERSJA 2 – TOSTY FRANCUSKIE PO MOJEMU
Po mojemu z prostej przyczyny – ciągle słyszę czy czytam o tostach francuskich i wiem niby mniej więcej co to, ale nigdy nie robiłam, więc nie wiem czego się tak naprawdę używa. Oto co ja zrobiłam (było pod ręką i nie zajęło wiele czasu)
SKŁADNIKI:
  • pieczywo tostowe (ja preferuję pełnoziarniste albo grahama)
  • mleko
  • cukier trzcinowy (ja użyłam Demerara)
  • cynamon
Pieczywo maczamy leciutko w mleku, następnie w mieszance cukru i cynamonu. Wrzucamy na suchą (bez oliwy masła czy czegokolwiek) i podgrzaną patelnię, grzejemy z obu stron aż się zarumienią.
Tosty same w sobie są pyszne i, w zależności od ilości użytego cukru, mogą mogą być bardzo słodkie. Wówczas Jako dodatek pasuje do nich tylko dżem domowej roboty (te od mojej babci są znacznie mniej słodkie niż w sklepie i idealnie zgrywają się z tostami). Ale mój poranny gość wykorzystał również syrop klonowy i miód z pasieki znajomych, przegryzając pomarańczkami.Kolejna bomba pozytywnej energii o poranku, tyle że ze względu na cukier mniej zdrowa.Polecam obie wersje – szybkie, łatwe, przyjemne i dają odpowiedniego kopa żeby miło spędzić cały dzień !

Streets of Warsaw

20 sie

Streets of Warsaw

7 sie

 

 

 

Pizze Naan na deszczową pogodę

20 lip

Marks&Spencer na dziale z żywnością zawsze kryje coś ciekawego. Podczas mojej ostatniej wizyty tam wpadły mi w ręce Chlebki Naan. Kupiłam je w zasadzie bez konkretnego celu innego niż „kiedyśtam je zjem”. Dzisiejsza ulewa spowodowała moje kompletne rozleniwienie a co za tym idzie zalegnięcie na kanapie i przeglądanie książek kucharskich. Czerpiąc z nich inspirację skoczyłam do pobliskiego sklepu nabyłam trochę składników i tak z mieszanki wszystkiego powstały mini pizze na poprawę humoru.

SKŁADNIKI:

  • 2 chlebki Naan
  • 2 łyżki oliwy
  • jedna cebula  (najlepiej z dymki, nieduża)
  • ząbek czosnku
  • 1 duży pomidor (znalazłam ostatnio na bazarku takie naprawdę wielkie) lub 2 małe
  • 2 pieczarki
  • garść szpinaku
  • 25 g świeżo startego Pecorino
Na patelni rozgrzać 2 łyżki oliwy i podgrzewać na nich drobno posiekaną cebulę aż się zeszkli. Dodać do tego zmiażdżony ząbek czosnku i pokrojonego w kostkę pomidora i niech się podgrzewa (wręcz trochę poddusza) przez ok 10 min. W tym czasie myjemy szpinak, obieramy i kroimy w plasterki pieczarki i nastawiamy piekarnik na 200 stopni. Pomidorowy miks przyprawić (ja zrobiłam to solą, pieprzem, tymiankiem i bazylią bo akurat były pod ręką). Na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia położyć dwa chlebki. Wylać na nie pomidorową mieszankę, przykryć pieczarkami a następnie szpinakiem. Piec ok 5 min. Wysunąć, posypać serem, następnie piec póki on się nie roztopi czyli chwilkę.

ENJOY!

 

PS
Prawdziwi smakosze pizzy mogą dodać więcej sera (plasterki Edamskiego też wystarczą)

Streets of Warsaw

30 sty

 

GENIALNE POŁĄCZENIE KOLORÓW. ZA DUŻO SZAROŚCI NA ULICACH OSTATNIMI CZASY

Berlin stories

28 sty

Każdy z nas ma takich znajomych, których poznał na obozie językowym czy czymś podobnym. Chodzi mi o tych znajomych z zagranicy, z którymi wymienimy się adresami mailowymi, mamy ich na facebook’u, ale tak naprawdę nie utrzymujemy z nimi kontaktu. Otóż jak poznałam G., jego braci i w zasadzie całą rodzinę, myślałam że z nimi będzie tak samo. Na szczęście się myliłam. Wielokrotnie spotykaliśmy się już w różnych miejscach na świecie, w ich państwie, moim, gdzieś pomiędzy. Ostatnio G. spędził 3 miesiące w Berlinie, w mieszkaniu pary emerytowanych profesorów, którzy na pół roku wyjechali do Hiszpanii, a ich córka zaproponowała mu nocleg.

Schoneberg to najpiękniejsza dzielnica w Berlinie i generalnie mieszkać tam byłoby niesamowicie. Ale o tym wszystkim zapewne opowiem kiedy indziej.

Na chwilę obecną chodzi o Risotto, które tam z G. stworzyliśmy i które dzisiaj ugotowałam i sobie.

Składniki:

  • oliwa (jak zwykle – raczej na oko)
  • 2 łyżki masła
  • cebula (spora)
  • 2 ząbki czosnku
  • 200 – 250g ryżu na risotto*
  • 2 kieliszki białego wytrawnego (ewentualnie półwytrawnego) wina
  • ok. 0,5l bulionu (ale tak naprawdę nigdy nie wiadomo ile się użyje, wszystko zależy od ryżu)
  • ok. 40g sera koziego**
  • 70g szpinaku***
  • trochę parmezanu lub innego sera do posypania (można tu ponownie użyć tarty kozi ser)

Posiekajcie cebulę, wyciśnijcie czosnek. Na patelni rozgrzejcie oliwę, dodajcie masła. Dorzućcie cebulę i czekajcie aż się zeszkli. Potem dodajcie wyciśnięty czosnek (w tej kolejności, nie innej, bo zbyt zesmażony czosnek nie nadaje się do niczego). Przykręćcie trochę kuchenkę (gazową, elektryczną, jakąkolwiek – chodzi o to żeby było mniej gorąco). Wrzućcie ryż na patelnię  i mieszajcie, aż stanie się szklisty (trzeba uważać, żeby się nie usmażył za bardzo). Zalejcie winem i czekajcie, aż ryż go wchłonie. Nie zapominajcie cały czas mieszać. Następnie stopniowo zalewajcie bulionem – najlepiej wlać chochlę, poczekać aż się wchłonie, dodać następną i tak póki ryż nie stanie się miękki i idealny do jedzenia.

Dodajcie umyty, pokrojony (nie posiekany, żeby kawałki nie były zbyt małe). Utrzymujcie bardzo słabo podgrzaną patelnię, dodajcie szpinak, mieszajcie. Po chwili dodajcie starty kozi ser. Podkręćcie trochę grzanie, pomieszajcie, czekając aż się roztopi.

Jeśli chcecie możecie dodać i sól i pieprz i inne przyprawy, ale szczerze? Są zbędne.

*Ja używam Arborio

**Suchy. Najlepiej taki w plasterkach, ma idealny smak. Zamiast niego można też użyć parmezan, ale lepszy i ciekawszy jest ser kozi

*** Najlepiej świeży (nawet w środku zimy można go dostać pod Halą Mirowską)

Streets of Warsaw

26 sty

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.